Mikołaj z Warszawy

  1. 13.12.2016

Jowialny staruszek z rumianymi policzkami, białą brodą po pas i niegasnącym uśmiechem dziarsko dzierży lejce, a małe obrotne elfy ładują do jego sań niezliczone pakunki - to znany na całym świecie szablon świętego Mikołaja, rok w rok odbijany w świątecznych reklamach. A Polska miała go prawdziwego, z krwi i kości.

Z popkulturową ikoną Romuald Mądrakiewicz, znany szerzej jako Mikołaj z Warszawy, miał trochę wspólnego, przede wszystkim: długą siwą brodę, niewyczerpane zapasy energii, niegasnący uśmiech i stos prezentów dla dzieci. Bliżej mu było do "oryginalnego" świętego, Mikołaja z Miry, a to z racji poplątanych dróg życiowych i idei wyrzeczenia się dóbr doczesnych, cedowanych konsekwentnie całymi latami na rzecz jeszcze bardziej przez los pokrzywdzonych. Najbliżej zaś do tych, których na co dzień omija się szerokim łukiem albo w ogóle nie widzi, jakby byli przezroczyści: bezdomnych i ubogich.

Solidarność

Urodził się w 1935 roku w Szczebrzeszynie. Jego ojciec był fryzjerem, matka zajmowała się domem i trójką synów, w tym najstarszym Romualdem. W przeciwieństwie do Mikołaja z Miry nigdy nie zaznał więc dostatku (ten pochodził z bardzo zamożnej rodziny i miał co rozdawać biednym, gdy po śmierci rodziców odziedziczył ogromny spadek).
- Każdemu życzę takiej matki, jak moja. To ona nauczyła mnie, że bez względu na przeciwności losu warto być otwartym na drugiego człowieka - mówił w 2008 roku "Życiu Warszawy". Z jej ust spijał motto: "zawsze jest ktoś, kto ma gorzej niż my sami", z jej rąk przyjmował dodatkowe kanapki dla kolegów, którzy drugiego śniadania do szkoły nie dostawali. A nieraz nawet pierwszego. "Życiu Warszawy" wyjaśniał, że to wszystko tylko (i aż) po to, "żeby na starość móc uśmiechnąć się do lustra".

Jako wysportowany młodzieniec (trenował w kilku klubach) rodzinną Zamojszczyznę opuścił na rzecz Warszawy, gdzie dostał się na kurs szybowcowy. Później pracował w branży turystycznej, był pedagogiem, nauczycielem WF-u, organizował m.in. wakacje dla dzieci. Jak to się stało, że stracił dach nad głową, do dziś właściwie nie wiadomo, w wywiadach nie chciał do tego wracać.

O jego wcześniejszym życiu wiadomo właściwie jeszcze tylko tyle, że był harcerzem, a w latach 80. działał w "Solidarności". Ta solidarność została w nim do samego końca.

Listy

Swój żywot Mikołaja zaczął w schronisku przy ul. Skaryszewskiej w Warszawie. Nie użalał się nad sobą, jaki to on biedny, pokrzywdzony przez los (a może nawet i ludzi), wykreślony na margines. Być może w uszach dźwięczały mu słowa matki, "inni mają gorzej", gdy tuningował sklepowy wózek i wyruszał z nim na poranne łowy. Skarbów było bez liku, chętnych na nie też sporo - papier na makulaturę, butelki do skupu. Zarobek z wymiany szedł na jedzenie i dziecięce drobiazgi. Po drodze zgarniał też kartony ze sklepów, w nie pakował zakupy, adresował do zapoznanych w czasie wojaży po całej Polsce biednych rodzin, wysyłał. Tak w 2000 roku zrodziła się jego jednoosobowa akcja "Wielka paka dla głodnego dzieciaka".

Przydomka "Mikołaj z Warszawy" dorobił się niedługo później, gdy za sprawą mediów gruchnęła wieść, że bezdomny ze stolicy śle dzieciakom paczki z darami. Pracował już wtedy przy kolportażu tworzonej przez bezdomnych gazety "Wspak. Magazyn uliczny" (cały dochód ze sprzedaży przeznaczał na pomoc bardziej potrzebującym). Na adres redakcji zaczęły napływać listy, adresowane jeszcze niewprawnymi, drżącymi rączkami listy do "Świętego Mikołaja" albo "Pana Mikołaja". A w nich prośby, jak to u dzieciaków, często o zabawkę, jakiś gadżet, który wszyscy koledzy mają, na przykład mp3, bywało i skromniej, o kalkulator. Często - o szczoteczkę do zębów, lekarstwa, jedzenie, choćby suchy chleb.

W 2008 roku mówił w wywiadzie dla "Newsweeka", że takich listów dostaje kilka dziennie, przez cały rok. Za wyjątkiem świąt, kiedy "przychodzi ich dużo więcej". Już wtedy niewiele spał, mało jadł, dwoił się i troił, żeby rozciągnąć dobę, bo była za krótka. - Nie mam kiedy ich czytać. Robię to albo w tramwaju, albo późno w nocy - przyznawał. I zapewniał, że odpisuje na wszystkie, bo "list to święta sprawa". - Zawsze to powtarzam tym, którzy mi pomagają - list nie może się zgubić. Nie może być tak, że dziecko napisało do Mikołaja, a paczka nie przyszła.

Misja

Z czasem, jak na Mikołaja przystało, pan Romuald zyskał pomocników. Jego elfami byli m.in. pracownicy różnych fundacji, Mokotowskiego Hospicjum św. Krzyża, jadłodajni i noclegowni dla bezdomnych, zakonnicy, wreszcie - wolontariusze. Ile paczek zdążył w ciągu niespełna 15 lat przygotować i wysłać, nie sposób zliczyć. - Gdy media nagłośniły akcję, telefon dzwonił właściwie na okrągło: albo z prośbami, albo z ofertami pomocy. Stał się właściwie magazynem, który sortował te dary. To się stało uciążliwe, ale Romuald nigdy się nie skarżył, nie narzekał. Natomiast z czasem stracił cierpliwość do dziennikarzy - śmieje się Konrad Kalinowski.

"Mikołaja" poznał pod koniec 2005 roku, gdy ten zawitał w Mokotowskim Hospicjum św. Krzyża, które zajmuje się również aktywizacją osób bezdomnych. - Przychodził do nas na posiłki. I od początku był bardzo aktywny, włączył swoją akcję w ramy naszego czasopisma "Homo Mizerus" - mówi pan Konrad. I dodaje, że na tle innych bezdomnych wyjątkowo się wyróżniał. - Życie mu zgotowało bardzo trudne warunki, a on mimo wszystko stworzył wizerunek starszego pana z brodą i podjął się właściwie samobójczej misji, żeby ostatnie lata swojego życia w całości poświęcić innym ludziom, przekazać myśl, że każdy człowiek może się z drugim, bardziej potrzebującym, podzielić.

Tryb życia, dźwigane na pocztę paczki (często po 15 kilogramów), upływający nieubłaganie czas zrobiły swoje - pan Romuald przeszedł zawał, dorobił się przepukliny. W rozmowie z "Newsweekiem" wspominał zalecenie lekarza: "Mikołaju, tobie nie wolno więcej dźwigać niż pół bochenka chleba, litr mleka i jakiś serek. Taki wysiłek możesz zrobić". - Ja robię większy i szlag mnie nie trafił. Bo kiedy czytam w listach, że dzieci się za mnie modlą, to mam siłę robić to, co jest ponad moje siły - wyjaśniał.

Warszawski Mikołaj zmarł dwa i pół roku temu, latem 2014 roku. Miał 80 lat. Msza była cicha, harcerska, żegnała go tylko rodzina, przyjaciele i współpracownicy. Wraz z jego odejściem śmiercią naturalną umarła założona w 2012 roku Fundacja Mikołaj Warszawski, której pan Romuald był prezesem. - Był szalenie wyczulony na punkcie prowadzenia samodzielnie tej akcji. W natłoku zgłoszeń już sam nie przyjmował darów, tylko prosił osobę zainteresowaną udzieleniem pomocy, żeby wysłała paczkę bezpośrednio potrzebującej rodzinie - wyjaśnia Kalinowski. I dodaje: - W 2000 roku, kiedy potrzeby były ogromne, a organizacje pomocowe jeszcze na taką skalę nie funkcjonowały, on był prekursorem pomagania. W działaniach Romualda widzę zaczyn inicjatyw takich jak Szlachetna Paczka czy nawet program Rodzina 500 plus.

Aneta Wawrzyńczak

fot. Facebook.com (Wspak - Społeczno-Kulturalny Magazyn Akcji Przedsiębiorczej)

Udostępnij Tweetnij Wykop