Święta w PRL-u. Jak spędzaliśmy Boże Narodzenie?

  1. 6.12.2016
  2. WP Kobieta

Rodzinne spotkania przy choince były w PRL-u zwieńczeniem bardzo nerwowego okresu, spędzanego przede wszystkim w... kolejkach. Wcześniejsze niedogodności odchodziły jednak w niepamięć na widok stołu zastawionego przysmakami „rzucanymi” do sklepów tylko od święta: szynką, pomarańczami albo czekoladą, które zdaniem osób pamiętających tamte czasy nigdy później nie smakowały i pachniały równie wspaniale…

Dla młodego pokolenia, wychowanego po 1989 roku może wydawać się, że supermarkety z regałami uginającymi się od rozmaitych produktów istniały zawsze. Jednak wielu Polaków doskonale pamięta czasy, kiedy znakomicie wyposażone sklepy można było oglądać tylko w amerykańskich filmach, pojawiających się niekiedy w jednym z dwóch dostępnych programów telewizyjnych.

Nic dziwnego, że dla kilku pokoleń dorastających w PRL-u Boże Narodzenie kojarzy się przede wszystkim z długimi godzinami spędzanymi w kolejkach. Choć władze państwowe każdego roku próbowały rozładowywać napięcie społeczne i w przedświątecznym okresie tworzyć „poczucie zaspokojenia rynku”, efekty były zwykle katastrofalne, zarówno dla nastroju obywateli, jak i ich opinii na temat rządzących.

Płonące wąsy Stalina

Boże Narodzenie w ogóle było dużym problemem dla ekipy, która objęła władzę po zakończeniu II wojny światowej. Czczenie przyjścia Jezusa Chrystusa stało bowiem w sprzeczności z ateistycznym światopoglądem komunistycznych działaczy i ich moskiewskich mocodawców. Dlatego przez niemal cały okres PRL próbowano akcentować zwłaszcza ludowy, a nie religijny charakter świąt.

Początkowo niepewni jeszcze swojej siły towarzysze partyjni wykazywali się jednak dużą tolerancją dla tradycji bożonarodzeniowych. W latach 1945-48, w szkołach i zakładach pracy dzielono się opłatkiem, organizowano wigilijne koncerty, a gazety szeroko informowały o tłumach na pasterkach. Bolesław Bierut przyjmował w Belwederze dziecięce delegacje i niczym prawdziwy „ojciec narodu” obdarowywał maluchy prezentami.

Choć w sklepach brakowało nawet podstawowych produktów: smalcu czy śledzi, przy świątecznych stołach w polskich rodzinach panował radosny nastrój spowodowany wyjściem z wojennego koszmaru.

Już w 1949 r. sielanka się skończyła. Władze uznały bowiem, że ważniejsze od Bożego Narodzenia są obchody 70-tych urodzin Józefa Stalina, przypadających 21 grudnia. Zamiast w spotkaniach opłatkowych uczniowie i robotnicy musieli uczestniczyć w niezliczonych akademiach na cześć sowieckiego przywódcy.

Nie wywoływało to euforii w społeczeństwie. Maria Dąbrowska zanotowała w „Dziennikach”: „W dnie galówek z powodu urodzin Stalina zapaliły się (czy też ktoś je podpalił) dekoracje wiernopoddańcze na Polonii (warszawski hotel – przyp. red.). Od razu zebrały się tłumy, które z najwyższą radością i humorem obserwowały ten pożar. W tłumie rozlegały się okrzyki: Patrzcie-no, patrzcie, jak mu się palą te wąsy!, A teraz brwi! A jeszcze młot i sierp! O, jak palą się te ich znaki! – itp. Kiedy już się wszystko spaliło, przybyła Straż Ogniowa na spóźniony ratunek. Oto święta biednej Polski, oto jej żałosne uciechy”.

Cytrusy już płyną

„Socjalizm jest to ustrój, w którym bohatersko pokonuje się trudności nieznane w żadnym innym ustroju” – napisał kiedyś Stefan Kisielewski i jego słowa są najlepszym podsumowaniem przedświątecznych problemów z zaopatrzeniem, z którymi zmagały się wszystkie PRL-owskie rządy.

Przeglądając gazety z tamtych czasów można odnieść wrażenie, że najpopularniejszym tematem przed Bożym Narodzeniem był...brak. Dziennikarze (choć oczywiście z dużą wstrzemięźliwością i nie próbując nawet obwiniać władz państwowych) informowali o deficycie choinek, karpi, mięsa, a nawet maku. Do rangi sukcesu urastała wówczas dostawa cytrusów. „Do świąt przygotowują się Delikatesy. Gospodynie zainteresuje niechybnie wiadomość, że w tych dniach w sklepie ukażą się jajka. Dla amatorów witamin – przybywają wkrótce kalifornijskie pomarańcze, a może i cytryny” – informowało „Życie Radomskie” z 13 grudnia 1956 roku.

Takie zapowiedzi regularnie pojawiały się na łamach gazet aż do 1989 r. W grudniu 1980 r. czytelnicy „Życia Warszawy” dowiadywali się, że w portach w Gdańsku i Gdyni trwa praca przy przeładunkach cytrusów i świątecznych artykułów. „W porcie gdańskim dokerzy kończą rozładunek 2 tys. ton bananów przywiezionych z Kolumbii przez statek „Snow Flower” oraz wyładunek cytryn – łącznie blisko 3 tys. ton, przywiezionych przez m/s „Siemiatycze” oraz statek „Estebogen”. Dokerzy gdańscy rozładowują ponadto z ładowni statku „Olkusz” transport ponad 1400 ton soków pomarańczowych i cytrynowych” – wyliczała gazeta. To nie był koniec dobrych wiadomości. „Jeszcze w tym tygodniu spodziewane są kolejne statki ze świątecznym zaopatrzeniem. „Oświęcim” przywiezie np. 1,5 tys. ton rodzynków. Taką samą ilość transportuje statek „Contiliban”, w jego ładowniach znajduje się również 510 ton suszonych fig. Natomiast m/s „Gdański Kosynier” wiezie 2500 ton bananów, statek „Audecja” 3 tys. ton pomarańczy, a „Sanok” 650 ton soków i win” – donosiło „Życie Warszawy”. Polscy konsumenci mogli liczyć przed świętami na pomoc bratnich narodów socjalistycznych. W grudniu 1984 r. media relacjonowały podróż pociągu z NRD, liczącego 30 wagonów wypełnionych m.in. jajkami, drobiem i łóżeczkami dla niemowląt, który eskortował specjalny wysłannik Ericha Honeckera.

Loteria z karpiem

Choć dzisiaj może wydawać się to nieprawdopodobnie, w PRL-u problemem był nawet zakup choinki. „Ileż było przed świętami radosnych zapewnień ze strony przedstawicieli handlu uspołecznionego, że tradycyjnych drzewek na pewno w tym roku nie zabraknie. Pod tym względem miało być w Radomiu do syta. I guzik prawda! Choinek zabrakło już na kilka dni przed świętami zarówno w MHD jak i w WSS. Kierownik jednego z punktów sprzedaży choinek przy ul. Wałowej 29, rozkładał bezradnie ręce, proponując klientom...dorodne gałęzie choiny, w myśl zasady: gdy się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma” – pisało „Życie Radomskie” w grudniu 1966 r.

Wielu Polaków dorastających przed 1989 rokiem kojarzy Boże Narodzenie z widokiem karpia, który już kilka dni przed świętami zajmował wannę w łazience. Dlaczego biedna ryba musiała tak długo męczyć się w niesprzyjających warunkach? Ponieważ kupowano ją wtedy, gdy pojawiała się w sklepach, a zdarzało się to sporadycznie, często nawet 2-3 tygodnie przed Wigilią. Klienci nigdy nie wiedzieli, gdzie i kiedy „rzucą” karpie, dlatego urządzano na nie prawdziwe polowania, tropiąc ryby po całym mieście.

Jak przypomina dr Patryk Plaskot z Biura Edukacji Publicznej IPN o szczęściu mogli mówić pracownicy zakładów, w których, już na wiele miesięcy przed świętami, zamawiano w państwowych gospodarstwach hodowlanych odpowiednie ilości królewskiej ryby. Następnie, w ramach działalności socjalnej, rozdzielano je między członków załogi. Jednak, gdy karpi było mało, organizowano loterie, w których główną wygraną były ryby. W ekstremalnych przypadkach – jak wspominają świadkowie tamtych wydarzeń – dzielono karpia na dzwonka i losowano je między członków załogi.

„Ludzie są wściekli”

Lekka poprawa przedświątecznego zaopatrzenia nastąpiła na początku lat 70., po dojściu do władzy ekipy Edwarda Gierka, który chciał udobruchać społeczeństwo „kontrolowanym dobrobytem”. Już 2 grudnia 1972 r. „Polityka” triumfalnie donosiła, że rząd zamówił we Włoszech, Austrii, RFN i Wielkiej Brytanii nie tylko produkty żywnościowe, ale nawet „tkaniny na suknie wieczorowe, wykwintną galanterię damską, peruki, wyroby dziane, zegarki szwajcarskie, biżuterię i wyroby złotnicze libańskie”.

Gazety zachwycały się, że świąteczne stoły w polskich domach są zastawione obficiej niż kiedykolwiek. W 1975 r. „Ilustrowany Kurier Polski” snuł ambitne plany: „Za 5 lat będziemy jeść więcej mięsa i wędlin niż Włosi i Skandynawowie, pod względem spożycia tłuszczów dogonimy Anglię i Kanadę, a przetworów mlecznych i jaj będziemy jeść tyle, co cała EWG razem wzięta. Będziemy zjadać najwięcej w Europie cukru, czekolad, cukierków, ziemniaków i przetworów zbożowych”.

Jednak już w grudniu 1976 r. Mieczysław Rakowski, członek KC PZPR i późniejszy premier zanotował w dzienniku: „Sytuacja na rynku jest fatalna. Brak nie tylko mięsa, ale wielu innych towarów. Ludzie są wściekli”.

Ta wściekłość ujawniła się kilka miesięcy wcześniej. W czerwcu na ulice Radomia wyszły tłumy mieszkańców oburzonych ogłoszoną przez premiera Piotra Jaroszewicza drastyczną podwyżką cen podstawowych artykułów spożywczych. Protest został spacyfikowany przez liczne oddziały milicji i ZOMO. Aresztowani przechodzili przez „ścieżki zdrowia”. Setki osób trafiło do więzień i zostało wyrzuconych z pracy.

W grudniu 1976 r. władze bezskutecznie czyniły starania, żeby zmniejszyć ryzyko kolejnych protestów. „Ogranicza się do minimum przerwy w pracy sklepów, eliminując w okresie przedświątecznym inwentaryzacje, remonty i wszelkie modernizacja. Wstrzymane zostały urlopy, wydłużono godziny pracy sklepów” – wyliczało „Słowo Ludu”.

Kryzys cebulowy

W ostatniej dekadzie PRL okres przedświąteczny był szczególnie mroczny – radość Polakom odebrał stan wojenny, który zdusił „karnawał Solidarności”, a nastrój przygnębienia wzmacniały dodatkowo świecące pustkami sklepy i zakupy ograniczane kartkami na żywność. Władze komunistyczne wprowadzały reglamentację towarów już od sierpnia 1976 r., gdy zaczęły obowiązywać kartki na cukier. Od kwietnia 1981 r. w ten sposób kontrolowano także sprzedaż masła, smalcu, mąki pszennej, kaszy, płatków zbożowych, ryżu, czekolady, papierosów, proszku do prania, mydła, papieru toaletowego, podstawowych artykułów dla niemowląt: oliwki i mleka w proszku, a także alkoholu czy benzyny.

Nietrudno sobie wyobrazić, jakim koszmarem stawała się wówczas organizacja świąt. Kolejki ustawiały się już nie tylko po ryby czy cytrusy. Bywały lata, gdy wielkim wyzwaniem okazywał się nawet zakup… cebuli. „Trwa kryzys cebulowy, o którym pisałem przed dwoma tygodniami. Spotkałem cebulę (niewiele) jedynie na Koszykach” – donosił reporter „Polityki”. „Do listy artykułów deficytowych handlowcy zmuszeni są w tym roku dopisać mak. Ruch na rzecz zwalczania narkomanii drastycznie ograniczył powierzchnię upraw, stąd nieliczni plantatorzy dyktują teraz bajońskie ceny” – pisało w 1986 r. „Słowo Ludu”.

W grudniu 1980 r. „Życie Warszawy” informowało o wprowadzeniu przez władze miasta jednorazowego bonu na zakup „wyższych gatunków mięsa, wędlin oraz masła” (działo się to jeszcze przed uchwaleniem państwowej reglamentacji tych produktów). „Ustalono, że na jednorazowy bon przysługuje na osobę 80 dkg wędzonek (szynka, baleron, polędwica), 50 dkg mięsa (schab środkowy, karkowy, wieprzowina bez kości), 25 dkg masła” – wyliczała gazeta. Problemem było również znalezienie ciekawego prezentu pod choinkę. „W branży kosmetycznej – całkowity zastój. Nie ma kremów, lakierów do paznokci, pomadek, cieni do powiek” – pisało „Życie Radomskie” w grudniu 1986 r.

W czasach, gdy wszystko było racjonowane bardzo promowano usprawnienia organizacyjne. „Spostrzegawczy klienci zauważyli, że w sklepach nabiałowo-piekarniczych jaja pakowane są po 10 sztuk w papierowe torby. Podobnie z masłem, duże kostki sprzedawcy porcjują na 25-gramowe racje i dzięki temu kolejka przesuwa się do przodu znacznie szybciej” – cieszył się dziennikarz „Słowa Ludu”.

Udostępnij Tweetnij Wykop