Tradycje i zwyczaje świąteczne w regionach Polski

  1. 30.11.2016
  2. Redakcja Kobieta WP

Jak wyglądają tradycje bożonarodzeniowe w różnych częściach Polski? Jedne z nich są wciąż żywe, inne już nie są kultywowane. Poznajcie bliżej zwyczaje związane z Bożym Narodzeniem!

Na małopolskiej wsi ciągle żywy jest zwyczaj odwiedzania domów przez grupy kolędnicze. - Kolędnicy to akwizytorzy szczęścia - uważa etnograf z Małopolskiego Centrum Kultury Sokół Benedykt Kafel. - Są jakby wysłannikami z innej krainy, bo ubierają się w dziwne stroje. Nie można ich rozpoznać, chociaż mieszkają w naszej wsi. Przynoszą gospodarzom dobrą nowinę - wyjaśnia. W zależności od regionu, są różne zwyczaje kolędnicze. Popularne w całej Polsce i ciągle żywe na południu Polski jest chodzenie z turoniem - na Podhalu nazywanym capem, na Orawie kozą. W Małopolsce znane i ciągle żywe są też inne formy odwiedzin grup kolędniczych. Popularne są widowiska zwane Herodami. - Herody to przedstawienie opierające się na ewangelicznej scenie opisującej rzeź niewiniątek i śmierć króla Heroda. Obok Heroda w dramacie występuje anioł i diabeł - którzy obrazują walkę dobra ze złem. W finale przedstawienia Herod skazany jest na śmierć, a diabeł zabiera jego duszę - wyjaśnił etnograf.

Mimo globalizacji świąt Bożego Narodzenia, wciąż przetrwała część lokalnych tradycji. Jedną z nich jest wielkopolski Gwiazdor, który 24 grudnia przynosi dzieciom prezenty - ale tylko tym grzecznym; na pozostałe czekają rózgi i zgniłe "pyry". Wielkopolski Gwiazdor nie jest konkurencją dla Świętego Mikołaja. Jak wskazuje naukowiec z Instytut Etnologii i Antropologii Kulturowej UAM prof. Andrzej Brencz, "to dwie zupełnie inne postacie, a Gwiazdor jest typowo wielkopolski". Wpływ na świąteczne tradycje i powrót części z nich mają też media. - W Wielkopolsce podczas badań z końca XX w. szukałem tradycji wkładania siana pod obrus, która zaniknęła. Jedna ankietowana z zachodniej części regionu odpowiedziała, że to robi. Rozmawiałem z nią i pytałem czy zwyczaj został przekazany przez babcie, rodzinę. Okazało się, że ta pani kupiła gazetę, do której było dołączone sianko i usłyszała w telewizji, że to taka nasza tradycja" - opisał Brencz.

- Dawne święta Bożego Narodzenia na Podhalu otaczało wiele magicznych zabiegów wywodzących się z czasów pogańskich. Niektóre zwyczaje i magiczne gesty górale zachowali do dziś - wyjaśnia etnografka Małgorzata Wójtowicz - Wierzbicka. - Przygotowanie do Wigilii na Podhalu oznaczało wykonanie szeregu magicznych zabiegów i gestów, mających na celu zapewnienie dobrobytu i szczęścia w nadchodzącym roku. W święta ludowa symbolika i wierzenia przeplatały się z religią - opowiadała etnografka. Stół, na którym jedzono wieczerzę, górale opasali łańcuchem, aby inwentarz trzymał się zagrody oraz żeby rodziny nikt nie opuścił. Pod stół kładziono siekierę, co miało zwiastować spokój w rodzinie, oraz lemiesz od pługa. Każdy z domowników podczas wieczerzy trzymał bosą nogę na lemieszu, aby być zdrowym "jak to wykute żelazo". Łyżkę trzeba było silnie trzymać w ręku, aby nie wypadła, bo to oznaczało śmierć w przyszłym roku. Łyżek musiało być tyle, ilu domowników. Jak było więcej, to w przyszłym roku będą narodziny, a jak mniej to oznaka, że ktoś umrze. - W dawnych czasach Wigilię postrzegano jako czas, kiedy do wsi powracają dusze zmarłych - przekonywała Wójtowicz - Wierzbicka. W czasie Wigilii nie można było np. prząść, aby nie zaprząść duszy, nie można było się czesać, bo grzebieniem można było uszkodzić duszę, ani używać szpiczastych przedmiotów.

Różnorodność tradycji związanej z Bożym Narodzeniem na Górnym Śląsku świadczy o jej dawności - wskazuje publicysta i znawca regionu Marek Szołtysek. Ma też swoje dwa filary - prezenty przynosi nie aniołek, a Dzieciątko, a jedną z głównych potraw są makówki. - To jest tradycja, która przyszła na Śląsk z Czech. Wzięła się od Jezulatka, czyli od cudownej figurki Dzieciątka na Malej Stranie w Pradze. To się strasznie rozpowszechniło, ten kult Dzieciątka, na całe Czechy i na Śląsk. Ale na Śląsku zostało, a w Czechach zaginęło - jeszcze może promil ludzi wie, o co chodzi z tym Dzieciątkiem" - zaznaczył badacz. Niektóre śląskie tradycje wigilijne według Szołtyska sięgają kilkuset lat. Już bowiem w księgach z XII wieku pojawiają się wzmianki, że "jadano tam w wigilię narodzenia pańskiego" - bez szczegółów. Najprawdopodobniej jednak - zdaniem badacza - ówcześni zaczynali zupą z nasienia konopnego gotowaną z kaszą, która do dzisiaj nazywana jest konopiotką lub siemieniotką. Konopiotka, czyli wywar z tłuczonych konopi, to ciągle jedna z najważniejszych świątecznych potraw w regionie. Mało kto zastępuje w regionie czymkolwiek makówki. Przed laty robiło się ich ogromne ilości i jadło aż do Trzech Króli. Dawniej były to słodkie bułki, krojone w drobne kawałki i mieszane z gotowanym makiem - na wodzie, by potrawa nie skisła, nie zepsuła się. - Teraz ludzie mają się lepiej i nie robią ich w wannach - nie muszą tego jeść przez dwa tygodnie, tylko przez dwa, trzy dni. W związku z czym pozwalają sobie zrobić to na mleku, które skiśnie, ale oni wcześniej to zjedzą - wyjaśnił badacz.

Snopek zboża w kącie izby, słoma na podłodze, pieczenie ciastek w kształcie konia, krowy, kury - to tylko niektóre z zapomnianych już, a dawniej popularnych na Kujawach i Pomorzu, zwyczajów okresu świąt Bożego Narodzenia. Tradycyjna wieczerza wigilijna w regionach etnograficznych obecnego województwa kujawsko-pomorskiego rozpoczynała się w chwili, gdy na niebie dostrzeżono pierwszą gwiazdę symbolizującą Gwiazdę Betlejemską. Wcześniej jednak, nim gospodarze wraz z gośćmi zasiedli do stołu, starannie dekorowali dom, ponieważ zgodnie z wierzeniami, poszczególne elementy dekoracji zapewniały pomyślny przebieg całego następnego roku. W kącie izby ustawiano snopek zboża, a na podłodze rozsypywano słomę. Miało to przynieść powodzenie w hodowli i mleczność krów. - W niektórych miejscowościach nad stołem wieszano czubek sosenki udekorowany jabłkami, orzechami, piernikami, gdzie indziej, już na początku XX wieku, ustawiano małą sosnę na stole lub podłodze. Wieszano na niej pieczywo wyobrażające różne zwierzęta domowe: krówki, owce, kozy, koniki i inne, owoce i łańcuszki ze słomy - mówi Hanna Łopatyńska z Muzeum Etnograficznego im. Marii Znamierowskiej-Pruefferowej w Toruniu. Przebieg wieczoru wigilijnego był dla mieszkańców Pomorza i Kujaw bardzo ważny, ponieważ podobnie, jak w przypadku domowych ozdób, wierzono, że i on wpływa na powodzenie bądź klęski w całym nadchodzącym roku.

Na Łemkowszczyźnie cały ranek wigilijny upływał na przygotowaniu wieczerzy i odpowiednim przybraniu izby. Wieczerzę wigilijną powszechnie określano mianem welija lub świata weczeria, rzadziej świati-weczir. Jak poinformował PAP Damian Danak z Muzeum Etnograficznego w Zielonej Górze z siedzibą w Ochli, przed wieczerzą wigilijną gospodarz przynosił do izby snop żyta lub owsa, ewentualnie pszenicy lub jęczmienia. Snop ten odkładany był na tę okoliczność jeszcze latem w czasie żniw lub w czasie młocki jesienią. Miał on różne nazwy: dido, did lub diduch. Symbolizował urodzaj, Boże błogosławieństwo - w dawnych czasach zastępował choinkę. Do tradycyjnych, świątecznych potraw Łemków należy kutia będąca mieszaniną gotowanej pszenicy z makiem, miodem i owocami, żurek łemkowski przyrządzany z kwasu owsianego - keselycia czy bobalki (bułeczki z makiem). Każdy gospodarz spożywał kolację tylko z domownikami. Ludzie mogli przychodzić do siebie, ale dopiero po jej zakończeniu. Zapraszano jednak na wieczerzę ludzi samotnych i bezdomnych. Za stołem mógł zasiąść przygodny gość, który wszedł w progi domu. Kiedyś dania spożywano z jednej miski drewnianymi łyżkami. Gdy odkładano łyżki to blisko siebie, aby nie dotknąć sąsiedniej, bo będzie kłótnia przez cały rok. - Nasze świąteczne tradycje są kultywowane jedynie w niektórych domach na wsiach, w miastach raczej nie ma ku temu możliwości. Niestety te zwyczaje powoli zanikają, a szkoda, gdyż to piękne tradycje. Takie jest jednak życie i to one dyktuje warunki - powiedział PAP prezes gorzowskiego Koła Stowarzyszenia Łemków Jan Gaborek.

Udostępnij Tweetnij Wykop