Zawód: święty Mikołaj

  1. 11.12.2016
  2. WP Kobieta

Mają białe brody, czerwone ubrania i gromadkę elfów na podorędziu. Pracują w centrach handlowych i odwiedzają prywatne domy. Wzbudzają radość, ekscytację, a czasem nawet strach. Praca w charakterze Świętego Mikołaja nie jest wcale taka prosta. Trzeba umieć odpowiadać na trudne pytania, cierpliwie słuchać próśb i zażaleń oraz po prostu lubić ludzi. Warto też być przygotowanym na niespodziewane zwroty akcji i przygody, które prawdopodobnie nie zdarzają się w żadnym innym zawodzie.

– Pewnego razu wracałem do domu tramwajem w stroju Mikołaja. Nie miałem biletu i trafiłem akurat na kontrolę. Poproszono mnie o dokumenty, a wtedy wszyscy w tramwaju zaczęli mnie bronić. Naprawdę! Krzyczeli, że kto to widział, tak Mikołajowi karę dawać i to przed świętami. Kontrolerom chyba zrobiło się głupio, bo spojrzeli na mnie uważnie i powiedzieli: „dobra, puścimy pana, ale musi pan w zamian coś nam dać”. Oczywiście, nie miałem przy sobie żadnych prezentów, za to podarowałem im dzwoneczki, które znalazłem w swoim worku po prezentach. Chwilę później już wychodzili z tramwaju, cali rozpromienieni, pobrzękując dzwoneczkami przywiązanymi do skórzanych kurtek.

Przygotowania

Żeby zmienić się w Świętego Mikołaja, Bartosz potrzebuje pół godziny. Brodę i włosy koloryzuje specjalną białą farbą do twarzy i ciała. Potem zakłada swój strój – czerwony płaszcz z białym spodem, czerwone spodnie, długą czapkę z pomponem i czarny pas. Każdy element jest bardzo ważny, bo dzięki starannemu przygotowaniu Bartosz może się w stu procentach wczuć w swoją rolę. Sam mówi wręcz, że on nie przebiera się za Mikołaja – on się po prostu w niego zamienia.
– Kiedyś podeszła do mnie dziewczynka i powiedziała, że w jej szkole też był Święty Mikołaj, ale fałszywy, ze sztuczną brodą. Cieszyła się, że spotkała mnie, czyli tego prawdziwego – opowiada.
Jego najgorsze doświadczenie związane z charakteryzacją miało miejsce w pewnym domu kultury. Pomalowano mu tam brodę korektorem, który nie chciał się potem zmyć przez wiele godzin. Trzeba było włożyć wiele pracy, żeby wróciła do swojej pierwotnej postaci.

Język reniferów

Centra handlowe przeżywają prawdziwe oblężenie w okresie przedświątecznym. Święty Mikołaj musi skonfrontować się z tłumem klientów, którzy spędzają długie godziny na szukaniu prezentów i czekaniu w kolejkach do kasy. Dorośli są zaaferowani i zdenerwowani, a dzieci nudzą się niemiłosiernie. Wtedy na ratunek przybywa Mikołaj.
– Najważniejsze są cukierki. To taki element magii świąt, którego nie może zabraknąć. Upominają się o nie nie tylko dzieci. Zdarzało się, że kiedyś przechodziłem przez ulicę w stroju Mikołaja, a ludzie na mnie trąbili i prosili o cukierki. I jeśli miałem jakieś przy sobie, to ich częstowałem. Kiedy pracowałem w centrum handlowym, rozmawiałem zarówno z dziećmi, jak i ich rodzicami. Najtrudniejszymi rozmówcami byli sprytni tatusiowie, którzy próbowali zadawać mi podchwytliwe pytania. Na przykład: skąd Mikołaj może wiedzieć, które dzieci były grzeczne? Odpowiadałem im wtedy, że anioły trzymają w niebie lupę, w której widać uczynki wszystkich dzieci świata. Innym razem spotkałem chłopca trzymającego pod pachą książkę o reniferach. Zaczął przepytywać mnie z imion. Nie znałem ich oczywiście, więc powiedziałem, że zwracam się do nich językiem reniferów, dlatego Rudolf ma tak naprawdę na imię IIIIHAAA – śmieje się Bartosz.

Instytucja wychowawcza

Jego doświadczenie obejmuje nie tylko centra handlowe, ale też wizyty w prywatnych mieszkaniach. To dużo większe wyzwanie. Zanim Mikołaj zjawi się w domu, dostaje list z wytycznymi od rodziców. Dzięki niemu zna imiona wszystkich członków rodziny i wie, kto ostatnio zaniedbał naukę gry na pianinie. Decydując się na takie zlecenia, trzeba przyjąć na siebie bardzo ważną funkcję instytucji wychowawczej. Mikołaj jest nie tylko od rozdawania cukierków, ale też widzi wszystko i musi być trochę surowy. Bartoszowi zdarzyło się nawet kiedyś upomnieć szesnastoletnią dziewczynę, która została przyłapana na paleniu. Ta nieprzyjemna część programu kończy się jednak zawsze pomyślnie, bo wręczeniem podarunków.
– Właściwie najsmutniejszy nie jest brak prezentów, ale ich nadmiar – opowiada Bartosz. – Rodzice nie mają czasu dla dzieci, więc kupują im zabawki. Widziałem maluchy, które niemal tonęły w górach niepotrzebnych gadżetów, a jednocześnie wcale nie wyglądały na szczęśliwe. Z drugiej strony bywałem też w fajnych domach, gdzie czuło się miłość. W jednym z nich spotkałem dziewczynkę, która przygotowała dla mnie 20 laurek. 20! I wszystkie były fantastyczne.
Wizyty domowe to też korzystanie z gościnności gospodarzy. Czasem oznacza to poczęstunek, a czasem – wspólne śpiewanie kolęd i… piosenek ludowych, zaintonowanych przez grupę starszych członków rodziny.

Mikołaje w Nowym Meksyku

W Stanach Zjednoczonych działa FORBS – The Fraternal Order of Real Bearded Santas, czyli organizacja zrzeszająca Świętych Mikołajów, którzy mogą pochwalić się prawdziwymi brodami. Liczy sobie 800 członków, a na jej stronie internetowej można znaleźć informacje o corocznych rejsach integracyjnych, ubezpieczeniu dla Świętych Mikołajów i innych przywilejach. W 2017 roku Mikołajowie płyną do Nowego Meksyku. Bartosz marzy, żeby wziąć kiedyś udział w takim zjeździe.
– Też mam prawdziwą brodę, nadawałbym się. A tak całkiem na poważnie, to wystarczy spojrzeć na jedno ze wspólnych zdjęć tych Mikołajów, żeby zrozumieć, że oni wszyscy są prawdziwi. To dlatego, że w siebie wierzą. Ja też tak mam. Kiedy idę w stroju Mikołaja przez miasto, a wszyscy się do mnie uśmiechają, czuję się wspaniale. Jakbym unosił się w powietrzu. Prawdę mówiąc, nigdy nie doświadczyłem niczego niemiłego podczas mojej pracy. Są oczywiście trudne momenty, ale wydaje mi się, że w dorosłych budzi się dziecko.

Udostępnij Tweetnij Wykop