Świąteczne hity telewizyjne. Dlaczego tak, je lubimy?

  1. 12.12.2016
  2. Redakcja Kobieta WP

Przychodzą Święta. A wraz z nimi maraton bożonarodzeniowych szlagierów – w ramówkach stacji telewizyjnych pojawiają się filmy, które widzieliśmy już naście razy. I choć rok w rok zarzekamy się, że nie włączymy w czasie świąt teleodbiornika, wspólne biesiadowanie nie może odbyć się bez „Kevina samego w domu”, czy serii „W krzywym zwierciadle…”.

Weźmy pod lupę nieśmiertelnego „Kevina samego w domu”. Opowieść o chłopcu, który nieco przez roztrzepanie swoich rodziców, a nieco dzięki swojemu - jak się potem okazuje - całkiem niewygodnemu życzeniu święta spędza sam, przy czym przeżywa mnóstwo ciekawych przygód, musi również stawić czoła niebezpieczeństwu – bandyci nie spodziewają się, że w domu McCallisterów został mały, dosyć pomysłowy chłopiec. Po raz pierwszy ten film został wyemitowany w okresie świątecznym w 1995 roku przez stację telewizyjną Polsat i stał się obligatoryjną częścią świątecznej ramówki. Mimo, że mówi się, iż Kevin już dawno się przejadł, staje się powoli symbolem bożonarodzeniowego kiczu, to co roku gromadzi on masę widzów przed telewizorami.

Fenomen „Kevina…” można tłumaczyć na wiele sposobów, ale bodaj najbardziej prawdopodobne jest to, że ten tytuł wszedł już w kanon obchodzenia Świąt. Ci, którzy pamiętają pierwsze emisje tego kultowego filmu w rodzinnej atmosferze, z rodzicami, z rodzeństwem, przy rozświetlonej choince i zapachach świątecznych potraw, zwyczajnie traktują ten film jak coś, bez czego Święta odbyć się nie mogą.

W świętowaniu przed telewizorem pomaga nam również styl obchodzenia przez nas jakichkolwiek świąt. Te w Polsce kojarzą się głównie z syto zastawionym stołem skłaniającym biesiadników do jedzenia – nawet ponad własne siły. Po obżarstwie absolutnym każda większa aktywność staje się udręką, a jako, że okres świąteczny to również czas odpoczynku – chętnie wybieramy telewizor, kiedy musimy uciec od cały czas kuszącego, świątecznego stołu. To, co w Polsce charakteryzuje jakiekolwiek święta, to również powtarzalność, swego rodzaju rytuały. Nie wyobrażamy sobie na przykład świątecznego stołu bez ryby po grecku, karpia, barszczu. „Kevin” wkradł się do naszej tradycji właśnie jako powtarzalny element, bez którego świętowanie będzie czymś niepełnym. Mnóstwo jest takich filmów w ramówce telewizyjnej, które kojarzą się głównie ze Świętami Bożego Narodzenia. Śmiało można wskazać drugą część kultowego filmu – „Kevin sam w Nowym Jorku”, „Witaj Święty Mikołaju”, „Pani Doubtfire”. Wśród typowo bożonarodzeniowych szlagierów można znaleźć również „Samego w domu po raz trzeci”, który miał być duchowym spadkobiercą idei przyświecającej „Kevinowi...”. Jednak ten ostatni film furory w Polsce nie zrobił.

To, jak bardzo przywiązani jesteśmy do powtarzalności Świąt Bożego Narodzenia było widoczne w 2010 roku, kiedy w ramówce Polsatu… zabrakło „Kevina samego w domu”. Internauci nie kryli oburzenia tak dotkliwym brakiem w świątecznej ramówce i zorganizowali internetową petycję skierowaną do władz stacji z prośbą o przywrócenie kultowego tytułu. I choć poza świętami zarzekamy się, że rok w rok powtarzane filmy zwyczajnie nas nudzą, to mimo wszystko nie potrafimy z nich zrezygnować. Internauci na tym polu osiągnęli swój sukces i „Kevina” wyemitowano w wieczór wigilijny – w kolejnych latach Polsat nie myślał nawet o pominięciu legendarnego filmu układając świąteczny „rozkład jazdy”. W tym roku będzie podobnie i wszystko wskazuje na to, że Święta za rok, dwa, pięć również będą w telewizji kojarzyć się nam z tymi samymi filmami. Czy tak będzie wiecznie? Zmiana pokoleniowa, postępująca laicyzacja, mniejsze oddziaływanie leciwego już tytułu – „Kevin…” i reszta bożonarodzeniowych filmów w końcu stracą swoją moc i zapewne odejdą do lamusa. Jeśli chodzi o najbliższą dekadę, powinniśmy być raczej spokojni o stałość świątecznej ramówki.

Udostępnij Tweetnij Wykop