Z każdą bombką wiąże się jakaś historia

  1. 22.12.2016
  2. WP Kobieta

Tegoroczne trendy to biel, róż, chłodny błękit, szarość, srebro, nawet czerń - zdaniem ekspertów ozdobione w takiej tonacji choinki są najbardziej stylowe. Wciąż broni się też klasyczna czerwień i złoto, byleby z wyczuciem, umiarem, smakiem. Nie to co "za komuny".

Na pierwszy rzut oka ozdoby choinkowe rodem z PRL-u mogą wydawać się przaśne - dość wspomnieć o topornych muchomorkach, nieco pokracznych mikołajach-pajacykach z drutu, obleczonych czerwonym lub żółtym pluszem, czy kolorowych, niekiedy przyprószonych brokatem, szyszkach. Wyciągane z przykurzonych pudełek przez cały rok zalegających w pawlaczach, piwnicach i na strychach, lądowały na choince nierzadko w przypadkowej kolejności.

Druga ojczyzna bombek

Ojczyzną bombek są Niemcy, gdzie według legendy Hans Greiner, którego nie było stać na klasyczne w owym czasie dekoracje (cukierki, orzechy, jabłka), w połowie XIX wieku wpadł na pomysł, żeby bożonarodzeniowe drzewko ozdobić szklanymi wydmuszkami. Sprowadzane z głównie z Norymbergii bombki szybko zadomowiły się na ziemiach polskich, z czasem nasz kraj stał się światowym potentatem w produkcji ręcznie robionych bombek.

Jedną z największych i najsłynniejszych firm była Komozja - spółka założona tuż po II wojnie światowej przez trzy zaprzyjaźnione rodziny: Kozaków, Mostowskich i Zjawionych (nazwa to połączenie pierwszych liter ich nazwisk). Już w 1946 roku, gdy w zakładzie pracowało ok. 60 osób, ruszyła produkcja bombek na rynek amerykański. Królowała klasyka: tradycyjne szklane kule, ewentualnie ze stożkowym wcięciem, powodzeniem cieszyły się też modele łabędzia, anioła i grzybka. Mianownik był wspólny: ręczne zdobienie. Nacjonalizacja przemysłu doprowadziła do upaństwowienia Komozji (a później też jej siostrzanej firmy Rekord). Dopiero w 1981 roku potomkom wcześniejszych właścicieli udało się reaktywować rodzinną produkcję ozdób choinkowych.

I choć nie bez przyczyny PRL został zapamiętany jako "gospodarka niedoboru", której cechami charakterystycznymi były m.in. niekończące się kolejki po towary deficytowe, jak na przykład cytrusy, sprowadzane z zagranicy tuż przed świętami, wybór ozdób choinkowych był całkiem spory.

Bezcenna magia

Dwa lata temu na łamach serwisu bywajtu.pl użytkowniczka o pseudonimie Ruda wspominała, że w jej rodzinie tradycją przekazywaną z pokolenia jest zbieranie bombek, "ale nie byle jakich, zwykłych okrąglaków, a bombek figurek". Już po samych dołączonych przez nią zdjęciach widać, że oferta rynkowa była w tym zakresie imponująca: wszelakiej maści postaci, nie koniecznie kojarzące się z Bożym Narodzeniem (jak chociażby szklana miniatura popiersia faraona Tutenchamona), domki, zwierzątka, aniołki… Aż chciałoby się rzec: do wyboru, do koloru.

W kolekcji Rudej sporo miejsca zajmują bombki wyprodukowane przez wspomnianą już polską firmę. "W mojej rodzinie bombki Komozji trzymamy jak największe skarby, co roku ciesząc się ich pięknem podczas ubierania choinki. Z każdą bombką wiąże się jakaś historia, wspomnienie, anegdota. Inna sprawa, że bombki te są też wartościowe ze względu na swoją cenę. Nie są najtańsze, ale za rękodzieło i wysoką jakość trzeba swoje zapłacić", stwierdza Ruda.

W serwisach aukcyjnych pod hasłem "bombki PRL" faktycznie nie brakuje ofert, kuszących miłośników tradycji określeniami "unikat" bądź "rarytas". Choć większość to klasyka gatunku - kolorowe sople, zdobione brokatem szyszki, fikuśne mikołaje-pajacyki - rozstrzał cen jest spory: od niespełna 10 złotych za małe opakowanie po nawet 200 złotych za kilka sfatygowanych pudełek pełnych skarbów.

Z kolei na Forum Kolekcjonerów Rzeczy Najróżniejszych collections.pl w odpowiedzi na ofertę użytkownika pzl50, posiadacza ok. tysiąca sztuk bombek, który poszukuje "starych bombek z okresu PRL", głównie "mikołajków, bałwanków, zwierząt, ludzików, owoców, dzwonków, księżyców, gwiazdek, szyszek itp.", pietras stwierdza: "Nie sądzę, żeby ktoś chciał oddać takie pamiątkowe bombki, zwłaszcza że biją na głowę dzisiejsze. Kto ma na choince, ten wie". I dodaje, chyba ze smutkiem, "tak z obserwacji wiem, że dużo takich marnuje się w starych szkołach.

"Czy warto? Moim zdaniem tak, by przez te kilka dni w roku cieszyć się prawdziwą magią świąt", kwituje Ruda.

Udostępnij Tweetnij Wykop